internetowy słownik subkultur młodzieżowych

Podstrony
 
Świat w moich oczach

Temat: Odpowiedź z poradni językowej.
Sainit rozmawiał telefonicznie z profesorem Miodkiem, na antenie jego programu. Profesor Miodek stwierdził, że poprawną formą jest domeniarz, albo domenowiec. Saint ma nagranie.

Na stronie poradni też już się pojawiła odpowiedź.

Witam serdecznie. Moje pytanie dotyczyć będzie kwestii nazewnictwa w obrębie stosunkowo niedawno powstałego polskiego rynku domen internetowych. W środowisku osób inwestujących w domeny nastąpił swego czasu pewien podział na takich, którzy swój fach zwą domeniarstwem, a takich, którzy uważają, że poprawną nazwą jest tylko nazwa angielska domaining. Ci pierwsi zasugerowali się analogią do polskiego słowa „domena” i tym sposobem siebie samych mianowali domeniarzami. Ci drudzy natomiast, mimo iż używają polskiego wyrazu „domena”, siebie zwą domainerami lub domainersami (od ang. słowa domainer/domainers). Dodam jeszcze, iż polska wersja staje się bardziej popularna, czego dowodzi liczba wyników w Google: domeniarze – 13000, domainersi – 568. Przyznam, iż mnie osobiście bardziej podoba się ta polska wersja, ponieważ mierzi mnie sposób, w jaki nasz ojczysty język jest ostatnimi czasy dominowany przez wszelkiego rodzaju zapożyczenia. Zwracam się zatem do Państwa z zapytaniem, którą formę, tę polską czy tę „zangielszczoną”, uznaliby Państwo za prawidłową. W skrócie: domena – domeniarz (domeniarze) – domeniarstwo, czy domena – domainer (domainersi, domainerzy) – domaining? Z góry bardzo serdecznie dziękuję za poświęcenie mojemu zapytaniu uwagi i za ewentualne udzielenie odpowiedzi. Z poważaniem, Korneliusz Wieteska

Szanowny Panie, słowotwórstwo podąża różnymi ścieżkami i niektóre z tych dróg prowadzą do tego samego miejsca. Językoznawcy pozostaje jedynie określić, czy struktura nowego wyrazu pozostaje w zgodzie ze środkami tworzenia nowych słów (tzw. derywacji) dostępnymi w języku. [A] Nazwa "domeniarz" jest poprawnie utworzona od rzeczownika "domena" za pomocą przyrostka -'arz (por. garncarz 'ten, kto lepi garnki'; młocarz 'ten, kto rzuca młotem' itd.). "Domeniarz" zatem to ten, kto zajmuje się domenami, inwestuje w nie. "Domeniarstwo" z kolei także poprawnie utworzono dzięki sufiksowi -'stwo (por. garncarstwo < garncarz, piekarstwo < piekarz itd.). Zapożyczenia typu "domaining" i "domainers" (czy też "domainer") są również obecne w nowszej polszczyźnie (por. saling, wrestling, styling, sufiks -ing; blokers, pożyczka z ang. rozwijana o -s). [B] Dobrze, że Pan przytoczył dane statystyczne. Wynika z nich, że zapożyczenia angielskie "domainers/ domainersi" są rzadsze. Rzadki jest też wyraz "domainer" (domainers jest wariantem tego zapożyczenia). Jeżeli chodzi o "domaining" to w google występuje w 57'700 przypadkach (domainingu 7'230, domainingiem 1'100), "domeniarstwo" w zaledwie 790 (plus najczęstszy z innych przypadków narzędnik: domeniarstwem 465). Tu sytuacja jest odwrotna. Użytkownicy języka wybierają więc bliższą angielskiemu formę "domaining" zamiast kalki "domeniarstwo", z drugiej jednak strony wolą polskiego "domeniarza" zamiast zangielszczonego "domainersa". [C] Przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywałbym w produktywności formantów słowotwórczych (= w popularności przyrostków, za pomocą których tworzymy nowe wyrazy). Sufiks -ing występuje w około 70 polskich wyrazach, podczas gdy zapożyczanie angielskich słów kończących się na -er (nazwy osobowe, m.in. nazwy zawodów) z równoczesnym rozszerzaniem ich spółgłoską -s (czyli -ers) jest znacznie ograniczone: W "Uniwersalnym słowniku języka polskiego" odnalazłem zaledwie kilka przykładów: rewelers < ang. reveller 'hulaka, wesoły biesiadnik', blokers < ang. blocker 'przedstawiciel pewnej subkultury młodzieżowej' czy popers/poppers < ang. popper 'członek subkultury młodzieżowej'. Te wyrazy na -ers są również nacechowane (tj. oznaczają członków subkultur, podejrzany "element" w społeczności), zapewne dlatego nie znajdują akceptacji użytkowników języka. MM

http://www.poradnia-jezykowa.uni.wroc.pl/p...hiwum/wszystkie
Źródło: di.pl/index.php?showtopic=39006



Temat: Nie czaisz? Jesteś lamusem!
Jeszcze nigdy w historii polszczyzny język młodych ludzi nie był tak oddalony od języka dorosłych.
Podobno reprezentuję solidną średnią w temacie czajenia. Ale jedno potknięcie i jak nic stanę się lamusem. Tak przynajmniej wynika z testu "Czy jesteś lamusem?", zamieszczonego w "Totalnym słowniku najmłodszej polszczyzny" autorstwa Bartka Chacińskiego.

Otrzymałem 25 punktów na 40 możliwych, bo nie wiedziałem, że słowo "narciarz" może być pożegnaniem, a mianem "ping-ponga" określa się kogoś, kto jest niskiego wzrostu. Za to wiem dobrze, co to znaczy "kseroboj", "dostać bana na kompa" i "zamulać". A ty nie wiesz? Masz errora? To idź na sanki, bo robisz trzodę!

Totalnie wypasiony i wyczesany

"Grubo. Totalny słownik najmłodszej polszczyzny" zawiera wiele materiałów zebranych wcześniej w dwóch uzupełniających się tomach: "Wypasionym…" i "Wyczesanym słowniku najmłodszej polszczyzny". Spora część książki to jednak teksty zupełnie nowe, zgromadzone przez ostatnie dwa lata. Od razu trzeba powiedzieć, że określenie "słownik" jest trochę na wyrost, bo choć w tomie panuje porządek alfabetyczny, to hasła mają raczej charakter felietonowo-gawędziarski.

Ale na tym właśnie polega siła tego "słownika". Bo przecież najmłodsza polszczyzna to zjawisko w ciągłym ruchu, z trudem poddające się naukowemu opisowi. Zamiast systematyzować, lepiej więc opowiedzieć, podać wyrazisty przykład, ubarwić anegdotą. A jednak z lektury całości nasuwają się pewne wnioski, które mogą być interesujące nie tylko dla językoznawców, ale także np. dla wychowawców.

Po pierwsze: jeszcze nigdy w historii polszczyzny język młodych ludzi nie był tak oddalony od języka dorosłych. Przeciętny dorosły miałby wyraźne problemy ze zrozumieniem sporej części wpisów zamieszczanych na młodzieżowych blogach. Ba, dobrze, jeśli w ogóle wie, czym jest blog! Oczywiście, rozwój technologii zawsze był źródłem nowych wyrazów, jednak powszechny dostęp do komputera i Internetu wywołał w języku prawdziwą rewolucję. Innymi słowy: kto nie siedzi w sieci, ten z góry skazany jest na bycie "lamusem", czyli człowiekiem, który nie nadąża za najnowszymi trendami. Nie wie, o co chodzi, a więc nie czai bazy, nie kmini, nie kuma (choć to ostatnie słowo jest już podobno bardzo przestarzałe). Po prostu – "nie zdanża".

Skrecze i bity

Nie chodzi tu tylko o specjalistyczną terminologię komputerową. Tej może się nauczyć nawet najbardziej oldskulowy (czyli stary, ale jary) osobnik. Rzecz w tym, że nowe sposoby komunikacji (Internet, sms) uruchomiły taką inwencję słowotwórczą, o jakiej lamusom z ery telewizyjnej nawet się nie śniło. Nie od dziś wiadomo, że język dąży do skrótu; że staramy się w jak najkrótszej formie zawrzeć jak najwięcej treści. Jednak tempo życia, a w przypadku smsów także względy ekonomiczne, wymuszają skrót "totalny". Zanika sztuka pisania listów, ale kontakt musi przecież być podtrzymany, więc klikamy w pośpiechu: "cze! jak jest? u mnie spox. thx za wczoraj. narka!". Na rozróżnienie wielkich i małych liter szkoda czasu. Emocje wyrażamy przez emotikony, czyli uśmiechnięte albo smutne "buźki" wstawiane obok tekstu. Pewnie, że to mało wyrafinowane, ale za to jaka oszczędność czasu!

Innym źródłem nowych wyrazów są slangi subkulturowe, których używanie pozwala na identyfikację z grupą. "Szyfrowanie" mowy jest tu często zabiegiem celowym, a użytkownicy slangu awansują tym samym do grona "wtajemniczonych". Jednak wpływ języka niektórych subkultur rozszerza się na całą młodzież. Obecnie taką grupą, nadającą ton najmłodszej polszczyźnie, są niewątpliwie hiphopowcy. To właśnie w tym środowisku powstało ostatnio najwięcej neologizmów. Wiele z nich zostało zapożyczonych z języka angielskiego, jak "skrecze" (ruchy płytą gramofonową w przód i w tył, wykonywane przez didżeja), "bity" (podkłady pod głos rapera) czy "dissy" (ostra krytyka, atak słowny). Ale są też słowa o typowo polskim rodowodzie, np. hiphopowe teksty to po prostu "rymy".

Słowo na "z"

Z lektury słownika płynie też smutny wniosek – do najmłodszej polszczyzny przenika sporo wyrazów z żargonu więziennego i narkotykowego. Poza tym nie da się ukryć, że nasz język staje się coraz bardziej wulgarny. Wystarczy przypomnieć karierę pewnego słowa na "z", które zaczęło być używane nawet w mediach. Ale w tworzeniu eufemizmów, czyli złagodzonych wersji ostrych wyrazów, młodzi Polacy też wykazali się dużą pomysłowością. Mówią zatem, że jest "zarąbiście", "zajefajnie", "jedwabiście", a nawet "zajedwabiście". Czy to kogoś razi?

Tak czy inaczej, osoby, które pracują z młodzieżą, powinny się zapoznać ze słownikiem Chacińskiego. Nie po to, żeby nagle udawać nastolatka i mówić slangiem (takie zachowanie natychmiast zostanie zdemaskowane jako nieautentyczność i lizusostwo), ale po to, żeby lepiej poznać świat, w którym żyją ich podopieczni. Bo język jest kluczem do zrozumienia świata. Czaicie już? Pasi? No to spox. Naraska!

Bartek Chaciński, Grubo. Totalny słownik najmłodszej polszczyzny, Znak, Kraków 2007, stron 416

Moim zdaniem

prof. Jan Miodek językoznawca, Uniwersytet Wrocławski

Żyję już dość długo, a nie pamiętam okresu, w którym język młodzieżowy byłby tak mocno zaznaczony w polszczyźnie. Trzeba docenić młodzież za inwencję, za twórczość, która niewątpliwie jest wzbogacaniem języka. Natomiast drażni mnie, kiedy młodzi używają swojej mowy w sytuacjach wymagających zastosowania innego stylu. Jeśli studentka przychodzi do mojego asystenta i mówi, że chciałaby zdawać "koło", zamiast "kolokwium", to jest to jednak pewna niestosowność. Jeszcze gorsza wydaje mi się sytuacja, kiedy moi koledzy próbują mówić w ten sam sposób. "Cze" w ustach mojego rówieśnika brzmi nieszczerze, wręcz komicznie. Niech więc młodzi używają swojego języka, ale w sytuacjach koleżeńskich, a starzy niech się nie zgrywają!

Źródło: Gość Niedzielny
Źródło: cafemirenium.kylos.pl/viewtopic.php?t=7217




 
Copyright 2006 MySite. Designed by Web Page Templates